In nature I trust

Przez zdecydowaną większość swojego życia byłam przekonana, że na wsi się zanudzę. Że nie będzie nic do roboty i po dwóch dniach umrę przed telewizorem. Kochałam miasto i uważałam, że to tu czuję się najlepiej, w tym zgiełku i szumie, gdzie cały czas coś się dzieje i czuć nadmiar bodźców.

Tymczasem okazało się, że na wsi czuję się wspaniale.

Że ta przenikliwa cisza może brzmieć równie pięknie, co szum miasta. Że poranne dylematy: najpierw prysznic czy kawa, są wspaniałe i moje poranki mogłyby tak wyglądać codziennie. Że zakupy w małym sklepiku, w którym prawie nic nie ma, też mogą sprawiać frajdę. Że można leżeć przed domem i gapić się na chmury, które dają lepsze show niż niejedna stacja telewizyjna. I wreszcie – że mały, drewniany domek może być oazą spokoju, azylem i miejscem ucieczki, której tak bardzo ostatnio potrzebowałam.

To zdecydowanie nie były wakacje pełne przygód i wrażeń. I zdecydowałam się na nie zupełnie świadomie. Wybrałam spacery po lesie i nad brzegiem jeziora, szukanie grzybów i zbieranie szyszek do torby, fotografowanie kwiatów i pająków. Popołudniowe drzemki! Niezwykle mnie te kilka dni na wsi odprężyło.

Moje miejsce nadal jest w mieście, nadal lubię słuchać zgiełku. Nie da się jednak ukryć, że jedna moja noga powoli kroczy ku spokojnej wsi. Ku ciszy i naturze, w której czuję się swobodnie. Dziś nazywa się to slow life, kiedyś były to po prostu emeryckie wakacje ;)



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *